RSS Kontakt | Aplikacje | Podcasty | Blip | Twitter | O mnie

tymczasowy makojadowy mini-blog przy i kawie

Czy mamy coś przeciwko wirtualnym lekcjom gry na instrumencie?
28/01/2009 23:59komentarze autor: →makojad
Nieco prowokacyjnym tytułem zachęcam do przeczytania tego oto wpisu wraz z dyskusją pod nim, na blogu Spider's Web (o tym blogu jeszcze wspomnę przy innej okazji).

Autor tegoż tekstu nie jest przekonany co do sensowności pojawienia się w GarageBand'09 możliwości zakupienia lekcji udzielanych przez znanych artystów. Uważa je (lekcje) za "powierzchowne" i twierdzi, że sam pomysł "dla Apple to po prostu kolejny świetny (...) biznes", który "ma mało wspólnego z samą muzyką" (to ostatnie wypowiedziane zostało w komentarzu na applemusic.pl). Przy tym autor w swoim rozumieniu problemu powołuje się na własne doświadczenia nauki muzyki (który to proces porównuje do... nauki języków obcych).

Tym bardziej więc dziwią dość płytkie - w moim przekonaniu - argumenty.
By wyjść im na przeciw napisałem następujący komentarz:

Wczytuję się w to, co napisał autor bloga i za nic nie potrafię uczciwie przyznać słuszności wysuniętym argumentom. Zupełnie nie potrafię znaleźć jakiegokolwiek "przeciw" dla pomysłu wirtualnych lekcji.

Bo też lekcje nauki gry na instrumencie nie są niczym nowym i wydaje je wielu artystów, w przeróżnych formatach, na różne instrumenty - bardzo popularne są np. płyty DVD czy nawet książki. Myślę, że każdy kto interesował się nauką gry na instrumencie zdaje sobie sprawę z isntnienia tego typu pozycji (nawet jeśli nigdy nie skorzystał).

Dlatego trzeba chyba bardzo negatywnie oceniać pracę artystów lub samą koncepcję lekcji gry na instrumencie, które skądinąd posiadają dużą wartość (jeśli nie merytoryczną to pedagogiczną czy poznawczą), by stwierdzić, że współpraca Apple z gwiazdami w celu stworzenia biblioteki uproszczonych (czy nawet pokazowych) lekcji gry na instrumentach to jedynie świetna okazja by zedrzeć z miłośników muzyki parę groszy.

Również nie rozumiem dlaczego można by mieć coś przeciwko popularyzacji muzyki, konkretnych artystów, instrumentów, aktywnego kontaktu z muzyką. Myślę właśnie, że każdy/a wielbiciel/ka muzyki (bo nie każdy kto uczy się muzyki to kocha, tak jak nie każdy jest zachwycony nauką językow obcych) wie, że muzyka wciąga, daje ogromną satysfakcję i bywa prawdziwą pasją (nie dla każdego musi być od razu sposobem na życie). Przypomnę, że kiedyś lekcje muzyki były elementem kanonu dobrej i pełnej edukacji. Czy każdy był muzykiem? Pytanie retoryczne. Dziś bywa odwrotnie - możliwość powszechnej reprodukcji zarejestrowanej muzyki, skłania niektórych do myślenia, że muzyka to coś, co płynie z zewnątrz. To tak jakby twierdzić, że język to tylko to, co dociera do naszych uszu.

O to chodzi w nauce muzyki, by w pierwszym rzędzie zainteresować, przekazać pasję, oswoić z abstrakcyjnym językiem. Fakt, być może rzadko kto zostanie muzykiem po uproszczonej lekcji (czy zestawie lekcji), nawet od Stinga (oczywiście jako wstęp do przygody z muzyką). Lecz gdy myśleć tym tropem to podobnie - godziny mozolnego ćwiczenia nikogo jeszcze nie uczyniły automatycznie dobrym instrumentalistą, a wkuwanie tysięcy obcych słówek nie sprawia automatycznie, że ktoś rozumie język, który wkuwa.